Chwałowice z czasów wojny we wspomnieniach mgr Zofii Król-Staruszewskiej

0A_3

W Szkole Rolniczej w Chwałowicach pracowałam od 01.10.1938 r. do lutego 1941 r. Początkowo, jako nauczyciel hodowli i zajęć praktycznych. W miesiącu sierpniu 1939 r. wyjechałam z młodzieżą do Zakopanego. Tam zastała mnie wojna. Z końcem sierpnia ewakuowano szpitale i ludność cywilną. Z Zakopanego zdecydowałam się wracać do Chwałowic. Już w Rabce zobaczyliśmy zasieki z drutu kolczastego i po drodze transporty wojsk. W Krakowie były wykopane rowy przeciwlotnicze, a ludzie chodzili z maskami gazowymi. Z trudem dojechaliśmy do Starachowic, w których panował niepokój. W Chwałowicach z niecierpliwością oczekiwał nas Dyrektor Daniluk. Kolega Kenig został już powołany do wojska, jak również dwóch młodych kolegów, którzy robili badania na terenie Chwałowic i mieszkali w Szkole. W nocy telefonicznie wezwano Dyrektora do wojska, a kolega Grzegolec ze mną został w Szkole. Na drugi dzień wyprawiłam uczniów na obronę Starachowic jako hufiec P. W. Zaopatrzyliśmy ich w żywność i nakazaliśmy, aby każdy dał mi znać o sobie. Pozostali mężczyźni – pracownicy wyjechali, gdyż nie chciałam ich narażać na niebezpieczeństwo. Zostałam z żonami i dziećmi Kolegów oraz dwiema tylko pracownicami tj. Kazimierą Lech i Zosią, której nazwiska nie pamiętam oraz uczniem Teodorem Cendrowskim – kaleką bez nogi, który nie mógł iść z hufcem. Przekonałam go, że obowiązkiem jego jest pozostać ze mną na posterunku i pomagać w gospodarstwie.

szkoła79

Zbiory były wspaniałe. Szkoła tonęła w kwiatach. I tak 1 września rano przyjechali żołnierze polscy do nas zaopatrzyć się w paszę i żywność. Mówili mi, że 2 pułki wojska stacjonują w Iłży i że sobie z Niemcami poradzą. Wieczorem z obydwoma dziewczętami poszliśmy doić i zadawać jeść inwentarzowi (było 25 krów, 1 buhaj, sporo cieląt rasy czerwona polska, w chlewni rasa gołębska – 10 macior z prosiętami i 2 konie). Mieliśmy dubeltówkę i trochę naboi, a Teodor Cendrowski z tą bronią pilnował w nocy stert ze zbożem. Jakby przeczuciem wiedziona mówiłam mu, aby broni ani naboi nie nosił przy sobie. W pewnym momencie zostaliśmy otoczeni przez Niemców i w czasie rewizji znaleziono kulę u Cendrowskiego. Dzięki znajomości języka niemieckiego udało się wytłumaczyć, że uczeń ten pilnuje majątku Szkoły. Pytano, gdzie są profesorowie i uczniowie? Odpowiedź moja była następująca: profesorowie zostali wysłani do wojska, a uczniów rozpuściłam do domu. Po zarekwirowaniu dubeltówki, puszczono Cendrowskiego oświadczając, że jesteśmy wolni. Odjeżdżając przecięli druty telefoniczne. Cendrowski powiedział: przecież pani uratowała mi życie. I tak zapadła noc i zaczął się bój we wsi Piłatka. Pociski świetlne padały w stronę naszych zabudowań. Kazałam wszystkim zejść z dziećmi do piwnicy, a ja z Cendrowskim obserwowałam walkę na tle płonących domów. Słyszałam krzyki: „Józek, Władek i tak zginiemy, śmierć psubratom” i nic nie mogłam im dopomóc ku naszemu wielkiemu żalowi. Myślałam o moich chłopakach, którzy z wielkim zapałem i gorącym patriotyzmem poszli bronić Ojczyzny. W noc około 100 pogorzelców z dziećmi z uratowanym dobytkiem przyszło do szkoły, prosząc o ulokowanie ich. Zostali ulokowani w budynku szkolnym, oddałam do ich dyspozycji ogródki warzywne uczniów. Leczyłam też chorych, pilnowałam higieny. Miałam również punkt noclegowy i wyżywieniowy dla uciekinierów, których wiele przewinęło się przez Szkołę. Bitwa trwała chyba 1 dzień i 1 noc – opór był bardzo silny. Zginęło mnóstwo Niemców i jeden oficer sztabowy – dowódca. Naszych żołnierzy też zginęło kilkunastu na terenie od strony Szkoły. Wyprawiłam ekipę uciekinierów z przyszytymi opaskami Czerwonego Krzyża na ramieniu, z łopatami, aby pochowali naszych zabitych, nakazawszy zabrać dokumenty, które dostarczyłam do gminy. Pewnego ranka wyszłam przed dom – wyłonił się z gęstej mgły żołnierz polski w mundurze prosząc o pomoc dla rannego kolegi, który leży w koniczynie koło Piłatki, a nie chce iść do niewoli. Przebrałam go w cywilne ubranie i po nakarmieniu z uczniem, bratem Kazi Lech (który wrócił ze Starachowic z meldunkiem, że wszyscy żyją i rozbili parę czołgów niemieckich) wyprawiłam po rannego. Miałam dwóch rannych w nogi żołnierzy w Szkole. Jeden z nich był to Józef Wrona z lubelskiego, drugiego nazwiska nie pamiętam, bo odstawiłam do szpitala w Iłży – obydwaj wrócili do domu zdrowi. Pomogłam ludziom okolicznym, gdy chcieli brać ludzi na roboty do Niemiec, posługując się językiem niemieckim, którym coraz lepiej władałam.

szkoła80

Któregoś dnia przyjechał Starosta Szczepański rodem z Pomorza – nigdy nie przyznawał się, że doskonale mówił po polsku, nie chciał wierzyć, że ja prowadzę gospodarstwo, mówił: „to niemożliwe”. Gdy zobaczył nasz naprawdę piękny inwentarz, czysto utrzymane pomieszczenia, wybieloną oborę i chlewnię, był zachwycony i wystawił mi zaraz pismo, że nie wolno nic rekwirować, że inwentarz jest zarodowy i mianował mnie papierkiem z „wroną” niemiecką jako Kierownika Gospodarstwa. Przed zakwaterowaniem się Niemców broniła mnie tablica „uwaga panuje choroba” z trupią czaszką wymalowaną przez nas. Niemcy strasznie bali się chorób i gdy zjawili się, ja z niewinną miną mówiłam o śmierci dwóch osób z uciekinierów – natychmiast wyjeżdżali. Po miesiącu chyba zjawił się Starosta Szczepański i wizytator George Moiser i pozwolili mi na uruchomienie szkoły i mianowali mnie Kierownikiem Szkoły. W międzyczasie otrzymałam wiadomość z Radomia, z obozu jeńców wojennych od Dyrektora Daniluka, żeby czynić starania o jego uwolnienie. Pojechałam tam i od Starosty niemieckiego otrzymałam na piśmie pozwolenie zabrania Dyrektora do kierowania gospodarstwem szkolnym – niestety na jego nieszczęście. Namawiałam Dyrektora z jego matką i moją, aby wyjechali do Siedlec do swojej wsi – niestety, chciał zostać, by razem prowadzić Szkołę. Między byłymi pracownikami gospodarstwa a Dyrektorem Danilukiem wynikły pewne nieporozumienia i zaczęto odgrażać się Dyrektorowi. Nastąpił donos na gestapo, że na terenie Szkoły znajduje się zakopana broń i za to odpowiedzialność ponosi Dyrektor Daniluk i Cendrowski. W dniu 20.02.1940 r. gestapo skutego Daniluka i Cendrowskiego wzięło do Iłży, a stamtąd do Radomia. Natychmiast z podaniem o zwolnienie aresztowanych pojechałam do Radomia i jakoś po wielu trudach dostałam się do komendanta Posta. Dokładnie przedstawiłam mu cała sprawę i udowodniłam, że Dyrektora w czasie bitwy pod Iłżą nie było w Chwałowicach – więc nie mógł zabrać broni z pola bitwy, lecz był w wojsku i pokazałam pismo zwalniające z obozu jeńców wojennych. Powiedziałam również, że ja w czasie bitwy byłam w Szkole, więc raczej mnie należy pociągnąć do odpowiedzialności – On jest niewinny. Na to Post: „a gdybyśmy panią zaaresztowali?”, „Byłoby to słuszne i sprawiedliwe” – odpowiedziałam. Post na to: „jest pani bardzo odważna, niech pani się nie martwi – kary śmierci nie będzie”. Zima, straszne mrozy, a ja jeździłam sankami do Radomia, wożąc aresztowanym jedzenie i bieliznę. I tak trwało do 04.07.1940 r., w którym to dniu Dyrektor Daniluk i Cendrowski zostali rozstrzelani na Firleju. Przez strażnika więziennego Polaka otrzymałam listy od aresztowanych, przez niego dostarczałam paczki żywnościowe i bieliznę. W ostatnim liście Dyrektor Daniluk pisał mi: „wiem, że zostanę wywieziony, ale nie wiem gdzie i, że mnie o tym zawiadomi”. Poszłam do gestapo prosząc o widzenie z Dyrektorem Danilukiem. Już go nie otrzymałam, a nowy komendant powiedział mi, że on jest przeznaczony na śmierć. W dniu 4 lipca pojechałam do Radomia i od strażnika dowiedziałam się, że w nocy rzeczywiście zostali wywiezieni, skuci i skrępowani drutem kolczastym na Firlej, gdzie zostali rozstrzelani, na skutek zabicia Niemców w Kielcach – tu w więzieniu zdziesiątkowano więźniów i rozstrzelano. O śmierci Dyrektora Daniluka dwóch gestapowców powiadomiło mnie osobiście i oficjalnie, na miejscu w Chwałowicach.

Kenig, Daniluk, Grzegolec

Wczesną wiosną 1941 roku przyjechał do Szkoły volksdeutsch nazwiskiem Zajontz i przedstawił się jako Kierownik Szkoły Rolniczej w Chwałowicach. Równocześnie dając mi przeniesienie na piśmie do władz niemieckich do Rożnicy. Ten von Zajontz nie wiedział, że ja rozgoryczona postawą pracowników poprosiłam o przeniesienie. Był ogromnie urzędowy. Żądał gościnnego pokoju i skierowania do restauracji. Mocno mu mina zrzedła, gdy zobaczył w Szkole tylko zimny pokój. Poznał również kolegę Keniga, którego przedstawiłam jako Kierownika Szkoły z zaznaczeniem, że na moją prośbę zostałam przeniesiona i odchodzę z Chwałowic do Rożnicy w powiecie jędrzejowskim. W 1939 roku skład pracowników Szkoły był następując: 1. Dyrektor – Stanisław Daniluk – rolnictwo; 2. Nauczyciel – Jan Kenig – ogrodnictwo; 3. Nauczyciel – Franciszek Grzegolec – przedmioty ogólnokształcące; 4. Nauczyciel – Zofia Król – hodowla; 5. Praktykant – Jakub Kowalczyk; 6. Intendentka – Leonia Jamroz; 7. Pomocnik gospodarczy – Teodor Kamenko (Chomenko). Do naszych przyjaciół należeli: Kierownik Szkoły Podstawowej pan Mazur wraz ze swoją żoną, nadleśniczy Czech i leśniczy Żmijewski. Dyrektor Daniluk był człowiekiem ogromnie oddanym młodzieży, kochającym wieś i starającym się jej byt polepszyć, oddającym całe swoje siły i umiejętności na kształcenie młodzieży na dobrych rolników i prawych ludzi. Nie znosił nieuczciwości, krętactwa i kłamstwa. Był szalenie pracowitym i oddanym Szkole, wiele wymagającym od siebie i otoczenia. Kochał młodzież, ale umiał ją utrzymać w dyscyplinie i cieszył się szacunkiem i uczuciem swoich wychowanków, jak i całego grona koleżeńskiego. Ukończył Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Starosta Szczepański został zabity w lasach starachowickich, zaś Kierownik Szkoły Zajontz w Chwałowicach, a Chomenko w Iłży. Wspomnienia wojenne są dla mnie bardzo przykre i smutne, ale młodzież, która wtedy uczęszczała do Szkoły była żądna wiedzy, bardzo wartościowa i przepojona umiłowaniem Ojczyzny i odznaczająca się wielkim patriotyzmem. To też moich wszystkich uczniów zachowałam w pamięci serdecznej i ich postawa życiowa była dla mnie osłodą w tych tragicznych chwilach.

Mgr Zofia Król-Staruszewska, nauczycielka Szkoły Rolniczej w Chwałowicach, jej Kierownik w latach 1939-1941, następnie nauczycielka w szkołach rolniczych w Rożnicy w powiecie Jędrzejowskim i w Czernichowie koło Krakowa, w którym zamieszkała.

Motyw odchodzenia w poezji Jana Czarneckiego

baner-mw-2020_600x300

W dniu 16 października 2020 r. odbyła się II Ogólnopolska Konferencja Naukowa „Motyw wędrówki w literaturze i sztuce”, zorganizowana przez Fundację na rzecz promocji nauki i rozwoju TYGIEL. Wśród gości honorowych wystąpiła dr hab. Katarzyna Smyk, prof. UMCS, Instytut Nauk o Kulturze, Wydział Humanistyczny, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej.

Tematem referatu wygłoszonego przez Panią profesor był:

Motyw odchodzenia w poezji Jana Czarneckiego z Chwałowic koło Iłży

Czarnecki J22

Abstrakt referatu:

Jan Czarnecki urodził się w 1930 roku w Chwałowicach koło Iłży w rodzinie chłopskiej. Poeta samorodny, inżynier zootechnik i magister pedagogiki, do emerytury w 1985 roku – nauczyciel przedmiotów zawodowych i prawa w Technikum Rachunkowości Rolnej w Chwałowicach. Laureat 44. edycji prestiżowej ogólnopolskiej Nagrody im. Oskara Kolberga „Za zasługi dla kultury ludowej” (2019). Wydał kilka tomików wierszy (ze wstępami Rocha Sulimy oraz Katarzyny Smyk), w których stale obecny jest motyw przemijania. Uwagę na ten wątek zwraca tomik z 2019 roku, zatytułowany Odchodzimy. Ale skąd i dokąd? Można interpretować go jako zaproszenie w drogę, uświadamiające, że jesteśmy pielgrzymami przez życie, przez przestrzeń i czas, przez doświadczenia, uczucia, relacje z bliskimi i obcymi ludźmi, ze wspomnieniami, z marzeniami. Strofy poety spod Iłży, zrodzone z drżenia i niepokoju o miłość i sens życia, doprowadzają poetę i czytelnika do zamyślenia nad przemijaniem, jakby właśnie przemijanie, mogło domknąć każdą czytelniczą refleksję i każde poetyckie zdanie, jakie Jan Czarnecki kiedykolwiek napisał i napisze. Referat przybliży formy poetyckiego obrazowania, jakie wykorzystuje autor, by opowiedzieć o swoim wyobrażeniu odchodzenia – przejścia, paschy, przewędrowania na drugą stronę.

Władysław Brodawka (1933-2020)

W tym listopadowym czasie przychodzi nam żegnać wieloletniego Dyrektora Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Iłży, Pana Władysława Brodawkę. Stanowisko to piastował 14 lat, od roku 1984 do 1998. Wcześniej, od 1953 roku pracował jako nauczyciel szeregu szkół podstawowych: w Ostrowcu Świętokrzyskim, Alojzowie, Błazinach, Lubieni, Małyszynie, Michałowie, zaś w latach 1973-1984 w Zbiorczej Szkole Gminnej w Iłży. Uśmiech, cięty dowcip, szczególna troska o swych uczniów w trakcie matur… Zapamiętamy.

Brodawka Bednarczyk

Na zdjęciu z lat 80-tych Władysław Brodawka z Adamem Bednarczykiem przed Szkołą Rolniczą w Chwałowicach, na tle internatu. Fot. z kolekcji uratowanej przez Pana J. Czarneckiego